The Origin of Geek – jak rodzi się uzależnienie

Ostatnimi czasy kilka sytuacji skłoniło mnie do pewnej refleksji:
Im więcej gram, tym mniej czuję co w graniu sprawia mi frajdę. Intrygująca mechanika? Ciekawy temat? Poczucie sprawiedliwości i brak losowości? A może po prostu dobra zabawa, nieważne kto wygra…?
Nie, no tutaj to już się zapędziłem!

Muszę się cofnąć do początków moich przygód z planszówkami, aczkolwiek wydaje mi się, że większość ludzi zaczynała dość podobnie.

Wpis ten został przeniesiony z poprzedniego bloga.

KROK PIERWSZY – LEKKIE I PRZYJEMNE GRY

Pierwszymi moimi grami były kupione w 2005 roku Drakon, Munchkin i Labirynt Czarnoksiężnika. Powód takiej selekcji był prosty – temat! Fantasy! Smoki! Podziemia! Munchkin – parodia RPGów, które tak lubiłem (i lubię nadal), żyć nie umierać. Zdecydowanie do mechaniki nie przywiązywałem wtedy większej wagi, stąd Munchkin wydawał mi się grą idealną (choć prawda jest taka, że zaiste – był najlepszy z tych, które wtedy znałem). „Losowość? Jaka losowość! Panie, losowość to jest przy grze w Wojnę! Munchkin nie jest w ogóle losowy.” Wtedy jej nie widziałem i mi nie przeszkadzała. Fakt faktem do dziś nie przeszkadza i nie rozumiem nagonki na tę grę. Może ludzie nie kładą dość dużego nacisku na aspekt negocjacji. Co do samej mechaniki owych gier jednak moje zdanie się nie zmieniło na przestrzeni tych lat. Dwie pozostałe nie miały w moich oczach zbyt dużego polotu i dziś już nie pojawiają się na stole, nawet od święta.

Na przestrzeni lat gust planszówkowy nie zmieniał się niemal wcale. Na stole lądowały jedynie Munchkin, Sabotażysta i Osadnicy z Catanu. Przede wszystkim powodem było to, że w centrum moich zainteresowań leżały gry RPG: prowadzenie przez trzy lata kampanii D&D, następnie parę innych systemów, aż wreszcie próby pisania własnej mechaniki. Karta odwróciła się stosunkowo niedawno, ale o tym za chwilę. Najpierw o pewnym ciekawym wydarzeniu.

Pewnego letniego dnia, roku pańskiego 2010, znajomy z WoW’a(World of Warcraft) – Mysiek, zaprosił nas do siebie na planszówki. Jako, że wtedy pojęcie gry jako doświadczenia 2-3 godzinnego było dla mnie tak abstrakcyjne, jak język angielski dla francuza – nic dobrego z tego nie wyszło. Arkham Horror, Chaos in the Old World i Battlestar Galactica skończyły w worku „nie wiem o co chodzi, będę wciskał losowe przyciski to może wygram”, razem ze wszystkimi konsolowymi bijatykami, z jakimi miałem przyjemność w dzieciństwie. Wszystkie tytuły, jakie byłem w stanie pojąć i grałem z ogromnym zachwytem, to Cytadela i Descent. Pierwsze z pewnością ze względu na prostotę zasad i dużą interakcję („przecież interakcja jest fajna”). Drugie natomiast zdecydowanie podeszło z faktu na typ gry – Dungeon Crawler (tak podobny do znanego mi od lat D&D), którego zresztą zasad nie tłumaczył nam wtedy Mysiek, a Karol. Wracając do upadłych tytułów – może Mysiek nie umiał tłumaczyć zasad gier o złożoności większej niż dwie strony instrukcji, a może to ja miałem umysł kompletnie nieprzystosowany do absorbowania zasad takich pozycji, ale fakt jest faktem: idea grania w cięższe tytuły spaliła na panewce.
Tu jednak, podobnie jak poprzednio – również muszę się usprawiedliwić, co do moich ówczesnych, a dzisiejszych upodobań. Horror w Arkham dziś nadal nie pociąga mnie swą mechaniką, Battlestar Galactica mi się po kilku latach również nie podobała, zaś Chaos w Starym Świecie, który gości obecnie na mojej półce i jest jednym z ulubionych tytułów, już wtedy nieco zaintrygował mnie swą tematyką, choć ni w ząb nie rozumiałem o co chodzi w tej cholernej grze i jakim prawem Mysiek(Khorn) bez przerwy wyrzyna wszystko co wystawie na plansze?!

Dziś wyobrażam sobie Myśka, który tamtego dnia po zamknięciu za nami drzwi, stanął przy zasnutym firankami oknie i odprowadzając nas wzrokiem szepnął cicho „You are not prepared…”.

 

KROK DRUGI – WIĘCEJ GIER, LEPSZYCH GIER

Na przestrzeni kolejnego roku zacząłem się nieco bardziej wkręcać w planszówki. A to znajomy przyniósł Neuroshimę Hex, a to zrobiliśmy wyjazd planszówkowy, a to godziny łojenia w Resistance. Coś się działo. Cały czas jednak tematyka grała ważną rolę(wiem, że brzmi to absurdalnie gdy wymieniam Hexa, czy Resistance). Pod koniec roku 2011 premierę miała druga edycja gry Evo, czyli planszówki o dinozaurach – każdy gracz ma swój gatunek, któremu może dokupywać nowe geny i mutacje. Walka na wyspie o przetrwanie połączona z modyfikacją swojego dinozaura. Pamiętam mój ówczesny zapał, płynący pod hasłem „Co jak co, ale gra o dinozaurach nie może być zła!”. I wiecie co? Chyba wiecie. Tak, nie mam już Evo w kolekcji. Gra – jako pomysł i rozwiązania – ciekawa, ale nudna jak flaki z olejem. Od tamtej pory nauczony doświadczeniem postanowiłem nie kupować więcej gier w ciemno (czego dziś już się oczywiście nie trzymam. Postanowienia? A co to? Coś kremowego?). Na konwentach, zamiast przesiadywać w aulach o RPGach  i słuchać historii Mati’ego i Multideja zaczęliśmy z Beatą spędzać znaczną większość czasu w GamesRoom’ach. Wsiąść do Pociągu, Chaos w Starym Świecie, Agricola, itd. Nie muszę napominać o tym, że te gry trafiły już do kolekcji? Muszę? No to mówię. Z Agricolą jednak był niemały odstęp od pierwszej partii do zakupu, gdyż wtedy niespecjalnie mi się ona spodobała. Jacyś workerzy, akcje, zagrody, izby, pola. No spoko, ciekawy, złożony tytuł, ale gdzie tu fun? Gdzie zabawa, gdzie interakcja? Nie czułem w ogóle euro. Po co komu gra w której nie można się wycwaniaczyć, czy podstawić komuś nogi? Kolekcja więc rosła, ale o takie tytuły jak: Small World, Cyklady, Dixit czy kolejne rozszerzenia do Hexa. Zabawa, interakcja i względna uczciwość.

 

KROK TRZECI – EURO 4 LIFE

Pod koniec 2012 coś mnie pchnęło w kierunku Euro. Po części na pewno jest to zasługa kolegi z pracy – Ryby, który pokazał mi jedyny akceptowalny przez niego świat – świat euro gier (Nie bez kozery nazywałem go hitlerem planszówek. Po dziś dzień śmieje się ze mnie, że lubię czasem zagrać w Small World.). Ryba zresztą wcisnął mi w ręce Terra Mysticę mówiąc coś w stylu „a teraz idź i nie grzesz więcej” i po dziś dzień jest to moja ulubiona gra. Myślę jednak, że zdecydowany krok w kierunku euro był powodowany głównie innym czynnikiem. Była to losowość i prostota znanych mi gier. Najbardziej chyba drażniła mnie(i jest tak po dziś dzień) silna interakcja niszcząca przyjemność z gry, która to występuje np. w Neuroshimie Hex. Wkurzało mnie, że kilku graczy może zrobić nalot na jednego, który najczęściej wygrywa i zakończyć mu wyścig w przedbiegach. Wkurzali mnie gracze, którzy nie grają po to żeby wygrać, tylko po to by poprzeszkadzać innym albo tacy, którzy nie zastanawiają się nad ruchem, tylko lecą na rympał, byle w coś postrzelać (co w stricte logicznych założeniach takiej gry jak Hex często zamiast kogoś uszkadzać ratowało mu skórę). Brakowało mi gry na poziomie, gdzie żeby wygrać, trzeba się wykazać, trzeba pomyśleć, a nie mieć szczęście. Na stół poleciały Filary Ziemi, Puerto Rico, Robinson Crusoe, Agricola… I świat stał się piękniejszy. Nie dość, że miałem w końcu tytuły, w których nie było drażniących mnie czynników auto-balansu i losowości, to cięższe móżdżenie okazało się naprawdę przyjemnym czynnikiem przy planszy. euro. Euro! EURO!!!

 

KROK CZWARTY – ODMÓŻDŻENIE

Zakładam, że na kroku trzecim kończy się droga większości planszomaniaków. Duża ilość (a może powinienem powiedzieć „rzesza”) ludzi pozostaje zawieszona w przestrzeni kosmicznej euro mechanizmów i pudełek Feld’a, Wallace’a, czy Rosenberg’a, dyskutując o wyższości jednego nad drugim i czekając z wypiekami na twarzy na kolejną premierę ambitnych tytułów, pozwalających wykazać się w wyścigu umysłów.

Może powinienem ująć to nie jako krok czwarty, a jako cofnięcie się w rozwoju… Tak, zdecydowanie. Może nie jest to cofnięcie się do punktu pierwszego, ale świadomy dobór gier, które mają fajną tematykę, ale bazują na silnych fundamentach dobrej (no, przynajmniej „przyzwoitej”) mechaniki. W pewnym bowiem momencie patrząc na kolejne pudełko planszówki z rewelacyjnym mechanizmem, ale ni nawet krztyną tematu (to był chyba Tzolk’in) zadałem sobie pytanie:
„Kim się stałem? Kiedyś grałem w planszówki, bo były fajne tematycznie, a teraz gram w przesuwanie pionków i dodawanie cyferek. Serio, to tego szukam w sobotnie popołudnia? Wyścigu o punkty? Leczenia kompleksów tym, że będę miał 5 punktów więcej niż kumpel?”
W sumie trochę tak – fajnie karmić swoje ego. Ale gdzie tu ten czysty fun? Gdzie świetna tematyka? Gdzie śmiech i niezapomniane akcje? Czy, będę za parę lat mówił „a pamiętasz jak wtedy kupiłem jednym ruchem 3 owce i wyprzedziłem Mariana o 2 punkty? Ehh, to były czasy…”? No chyba nie. W wirze poszukiwań zgubiłem nieco sens, którym jest dobra zabawa. Nie mówię, że euro nią nie są, ale to nieco inna forma, nie taka dziecinna, prosta przyjemność z grania w fajną tematycznie grę.

Tego wieczora, po pierwszej grze w Tzolk’ina usiadłem do komputera i po dwóch godzinach czytania o tym i owym, dodałem do koszyka: King of Tokyo, Smash Up!, Space Cadets, zaś niedługo potem na radar trafiło Zombicide i Room25. Rejs z serca europy, z samego Essen, wprost do McWorlda i ameritrashu. I wiecie co? Nie żałuję. Mogę zostać „ukamienonowany” przez euro-graczy meeplami, kostkami i znacznikami surowców, a będę z uśmiechem na ustach krzyczał „I regreat nothing!”

 

Warto poznawać nowe tytuły – nawet jeśli nam nie podejdą, zyskujemy większą świadomość siebie jako gracza. Dalszą część przemyśleń na temat gatunków gier i mojego spojrzenia na ich wyższość i niższość, postaram się zamieścić przy okazji kolejnego wpisu pt. Klimat, czy mechanika?

  • kwiatosz

    Hmm, jakoś wcześniej przegapiłem ten wpis – a dobry jest 🙂 U mnie chyba też jakoś tak to poszło, tylko z innymi tytułami. Natomiast jestem gorącym orędownikiem tego, że jeżeli u kogoś Tzolk’in nie wywołuje autorefleksji „Co zrobiłem ze swoim życiem…?” to już nie ma dla niego ratunku od żucia piachu łachami 😉

    • Wszystkie wpisy wcześniejsze niż „Upojna noc z De Crecy’m” są przerzucone z mojego starego, malutkiego bloga 🙂

      • kwiatosz

        Kolejny raz się na takie przerzucanie łapię… Ale i tak warto, mimo że później mnie w Społemie pokazują palcami.

  • Robert C.

    U mnie jakoś ta ewolucja w geeka chyba została wstrzymana. Czasem to nie jest tylko kwestia ile się gra ale i z kim. Zacząłem od imprezówek przeszedłem na cieższe tytuły. Jednak do euro trudno mi dojść. Gracze z którymi najczęściej gram albo nie mają czasu albo ochoty na dłuższe bardziej skompliwane tytuły. Czasem nie mają też ochoty na zbytnie myślenie w czasie gry. Chcą tylko miło spędzić czas poczuć emocje, niepewność by gra była szybka do 2 godzin, dużo się w niej działo był krótki downtime i bez ciąglej pogoni za liderem. Gry euro są zaś z reguły bardziej przewidywalne i mają wyższy próg wejścia. Problem też w tym że rzadko są czyste gry, bo jak sklasyfikujesz grę Lorlds of Waterdeep? Dla mnie to gra w której jest pewien klimat losowość ale do euro jej nie aż tak daleko 🙂 Ważne że gra sprawia że przy planszy są emocje jest „przechylanie się szali”. Wiele gier euro zaś nie wybacza błędów a często gracz który przegrywa grę bo w połowie 1 godziny popełnił bląd niestety zniechęca się do niej. Lecz to może być kwestia ludzi z jakimi gram dla których gry są od świeta od czasu do czasu a Cyklady to jest dopiero zabawa.
    O partii w Twilight Empire jedynie cichutko sobie marzę:P.

    • Powiem, że ja bałem się proponować znajomym cięższe tytuły, wiedząc, że powinni „nasiąknąć”. Oni jednak sami chcieli skoczyć na głębszą wodę i ot tak znając może Neuroshimę Hex i nic poza tym – bawili się świetnie przy Terra Mystice, czy Puerto Rico.