Co za durna gra! Dawaj jeszcze raz!

Jest kilka takich gier, mogę je policzyć na palcach jednej ręki. Mają one jakąś magiczną moc. Może to magia ich mechaniki, może jakiś drzemiący w nich uśpiony potencjał, a może jeszcze jakieś inne cholerstwo. Nie wiem co to jest – wiem jak działa.

Wpis ten został przeniesiony z poprzedniego bloga.

Zaczynasz grę, rozumiesz, nic Ci nie umknęło, kończysz… stwierdzasz: w sumie nic specjalnego. Nie kupuję tego. Są lepsze gry. Ba! Zaczynasz grę, rozumiesz zasady, idzie Ci nieźle… ale stwierdzasz, że jest słaba… Nawet bardzo słaba… losowa, irytująca, spaprana.

Wracasz do domu, siadasz w fotelu z herbatą w ręku i w tym momencie na Twoim ramieniu siada taki mały złośliwy imp imieniem Dominion, czy Jaskinia, czy Trajan… w sumie to diabelskie nasienie, a te cholerstwa mają setki imion w każdym języku.
Więc ta mała rogata córa Koryntu siada Ci na ramieniu i zaczyna powtarzać „Zagraj we mnie…”, „No zagraj we mnie…”, „W tych dwóch partiach nie wykorzystałeś potencjału mechaniki”, „Jest jeszcze tyle kombosów…”.
Wstajesz, wychodzisz, otwierasz lodówkę, a tam, za sałatą znajdujesz tego samego małego bydlaka, który mówi „Gdybyś lepiej wyliczył ruchy wyciągnąłbyś dwa razy lepszy wynik”. Zamykasz lodówkę, chyba jednak nie byłeś głodny…
Po paru godzinach opędzania się od małego szarlatana kładziesz się spać. Coś Cię szturcha paluchem między łopatki „No zagraj, co Ci szkodzi?”
DOBRA ZAGRAM! DAJ MI SPOKÓJ!
To co dzieje się dalej jest już zupełnie odmienne w każdym przypadku.

W „Jaskini” po pierwszej grze nie widziałem nic nadzwyczajnego. Następnego dnia chciałem zagrać znowu. Demon wygrał – po dwóch tygodniach kupiłem grę i po kilku partiach stwierdziłem, że jak się zmieni w niej kilka szczegółów – gra będzie świetna. Uległem. 1:0 dla rogacza.

W „Trajana” zagrałem dwa razy. Bardzo ciekawa mechanika, gra bardzo fajna… ale losowość, w pewnej kwestii mnie zniechęciła. Mechanizm mankali kręcił się w mojej głowie przez parę dni, ale nie ukręcił potrzeby zakupu Trajana. 1:1, Ty mała poczwaro.

W niedzielę na stół trafił Dominion. Zasady proste jak budowa cepa: Masz 10 kart w talii, co turę ciągniesz 5 na rękę i możesz za nie kupować karty z banku. Budujesz w ten sposób swoją talię, robisz jakiś silniczek na pieniądze i kupujesz za nie punkty zwycięstwa… ale ta losowość dociągu kart… i ta wkurzająca negatywna interakcja. Mandi zawalił nam pół decku kartami klątw… a ktoś inny redukował nam karty na ręku… płynność kart krzaczyła się jak komputer w szkolnej świetlicy… i jak tu człowieku mam coś planować, budować silniczek napędzający deck… no panie premierze…
Zagraliśmy dwie partyjki: pierwsza skończyła się bardzo szybko i niespodziewanie, w drugiej człowiek czuł jakby poruszał się w basenie wypełnionym kisielem. Co za durna gra! Do pieca z nią! Do gazu!
Dla odprężenia dobre Euro i parę fillerów. Pod koniec dnia byliśmy już tak wypruci, że Spadające Małpki wydawały się intelektualnym Mount Everestem. Mandi z Ojcem wyszli. Zamykam drzwi, odwracam się do Beaty…
– Partyjkę Dominiona?
– Chętnie.
Zagraliśmy partyjkę. Po niej kolejną, po niej rozłożyliśmy już karty do następnej…
Następnego dnia, 10 rano: Beata pisze do mnie „Zagrałabym w Dominiona”
Kurde… nie ukrywam, że ja też.

Czy płynie z tego jakiś morał?
Nie sądzę, ale jest to ciekawe zjawisko. Jak sobie z nim radzić? Cholera wie – może pomógłby krucyfiks albo woda święcona…? Póki co diabełek wygrywa.

0 Udostępnień