Gender Kombat

Znajomy niedawno poprosił mnie o radę przy wyborze gry. Ważne by działała na dwie osoby, bo będzie pykał z dziewczyną. Ważne też, by miała dużo negatywnej interakcji, bo on ją uwielbia.

– Stary – odrzekłem – wymagasz niemożliwego. Przecież dziewczyny nie cierpią negatywnej interakcji.

– That’s what she said.

Przypadek? Nie sądzę.

Od dawna wiadomo, że mężczyźni i kobiety różnie podchodzą do… właściwie wszystkiego, także do gier. To co tutaj przedstawię to oczywiście duże uogólnienie, od którego zresztą na pewno występują liczne wyjątki.
Przed przejściem do dalszej części tekstu proszę o przymrużenie oka…
albo zamknięcie…
lewego.

Negatywna interakcja

Zacznijmy od wspomnianej już interakcji. Panie lubią budować, ciułać zasoby, stawiać chatki i płotki, wpuszczać tam koniki i je karmić. Jeśli coś miałoby zagrażać tej zagrodzie, czy to w formie złych wydarzeń zrzucanych na graczy przez wydarzenia wszelakie, czy też w postaci ukochanego, który raczył wjechać swoją armią w jej ogródek z subtelnością radzieckiego czołgu T-55… to wiedz, że gra się nie ostanie. Wiedz, że przy kolejnej próbie wyciągnięcia jej z zakurzonej, najwyższej półki, na którą sięga tylko wymieniony wcześniej ukochany (kwestia bezpieczeństwa) – da się słyszeć leniwy złowrogi pomruk za plecami, który skłoni nas byśmy wsunęli pudło z powrotem. Ogródek i płotek to dla kobiet rzecz święta. Możesz wywijać absurdalne kombosy, zdobywać przewagi w każdej kategorii, a Twoim imieniem meeple mogą nazwać tor punktacji. Możesz wykręcić 300 punktów. O ile nie zdepczesz tej zielonej trawki w ogródku, to te 50 punktów uciułanych przez nią punktów będzie całkowicie zadowalające i sprawi, że „grało się przyjemnie”.

Cel i droga

„Czemu Ty musisz zawsze wygrywać?!” – słyszy co drugi geek podczas partii z lubą. Faceci mają świra na punkcie wygrywania… no tak przynajmniej postrzegają to kobiety. Facet podchodzi do tego w prosty logiczny sposób, jak do wszystkiego zresztą: celem gry jest zwycięstwo, więc gra się po to, żeby wygrać. Może to boleć, może łączyć się z walką, gryzieniem, tarzaniem w błocie. Cel uświęca środki. Skoro chodzi o to, by wygrać, to po co „grać, aby grać”? Nawet podczas pierwszej partii, nawet podczas gry z dziećmi, czy luźnego pykania ze znajomymi. Zwycięstwo jest celem. Zawsze. Dla większości pań i wielu, mniej zaangażowanych w rozgrywkę panów może to wyglądać jak fanatyzm. Przecież to ma być zabawa. Przecież gry to rozrywka. Co on ma takie ciśnienie na zwycięstwo?

Żołnierzyki i taktyki

Skoro powiedzieliśmy, że panie lubią swój ogródek i płotek – musimy też rozwinąć kwestię męską. Czy panowie z zasady lubią negatywną interakcję? Na pewno bardziej niż panie. Jest jednak jeszcze jedna rzecz, w której panowie się odnajdują znacznie lepiej: wszelkie gry wojenne, taktyczne, zawierające oddziały, jednostki, pozycjonowanie konkretnych pionków i poświęcanie ich. Każdy facet ma w sobie małego Napoleona… ups, pleonazm.
Zaliczają się do tego nawet karcianki typu Mage Wars, czy Summoner Wars, których grami wojennymi nazwać się nie da, a jednak mają element pozycjonowania jednostek, to głębsze strategiczno-przestrzenne planowanie, które prowadzi przecież do… dam-dam-daaam… negatywnej interakcji. Zalicza się do tego też stricte logiczny Tezeusz, który zyskał już sławę pogromcy niewiast… a to oczywiście przekłada się często na rangę PÓŁKOwnika. Raz zagrasz z dziewczyną w Tezeusza, może zagrasz nawet dwa razy… ale za trzecim razem ustaw go na najwyższej półce.
Co sprawia, że Tezeusz jest niczym „browar z kumplami” znienawidzonym obiektem niewiast? Jego taktyczność i pozycjonowanie? A może to, że właściwie nic tam nie budujemy, tylko próbujemy się nawzajem wybić?

I znów wszystko sprowadza się do nietykalnego ogródka i strzelania z napoleońskich armatek…

#gender #cisgender #ruchpalikota #takimamyklimat

_____________________

Rysunek pożyczony z Zespół Myślenia Ironicznego.

  • Teraz to nie wiem, czy ktoś mnie jeszcze zaprosi na Spartacusa czy Mage Knight, wprawdzie ciuła się tam złoto, lokuje ludziki u siebie w domku i tak dalej, ale chyba głównie dominuje negatywna interakcja i/lub walka… No i nawet Munchkin robi problemy, bo ciuła się ładne karty, ale co z tego, skoro tam negatywnej interakcji na tony. Nawet Tak Mroczny Władco odpada… I jak tu żyć w zgodzie ze swoją płcią?
    #trudnobyćkobietąnerdem #konfuzja #mieszanamechanikatozło

  • kwiatosz

    Chęć wygrania to moim zdaniem co innego niż ciśnienie na zwycięstwo – ale to się dopiero okazuje, jak się pozna kogoś, kto naprawdę ma ciśnienie na zwycięstwo. Z kimś takim gry potrafią się zamienić w męczarnię. Jeżeli ktoś stara się robić lepsze ruchy, to jest ok. Jeżeli ktoś zawsze, za każdym razem musi się 5x upewnić, że robi optymalny ruch, to już jest męczarnia.

    Mam wrażenie, że faktycznie wrażenie, że kobiety statystycznie gorzej przyjmują bezpośrednie ataki, ale nie ma co się oszukiwać – statystyczny facet w grze, gdzie można utkać solidną, wielopoziomową intrygę jest zagubiony jak pedofil w domu starców – no chyba że można w tę intrygę wjechać czołgami i powyjaśniać sobie to i owo 😉

    Na koniec uwaga typu luźnego – widać, że tekst jest pisany przez przykładnego przedstawiciela opisanego statystycznego faceta, skoro wygraną podniósł do rangi celu świętego 😛

    • „Real men play boardgames” – jak mawia Tom Vasel.
      Owszem, gram by wygrać, a nawet łapię ciśnienie, ale wobec samego siebie i pokonywania własnych ułomności. W mózgożerach akceptuje to u siebie i u innych. Spotkałem się jednak z takim ciśnieniem w imprezówkach drużynowych, typu Time’s up, gdzie ludzie potrafili się wykłócać o „zaliczenie lub nie” karty, bo np. czas już mijał, albo ktoś użył do opisu Sandry Bullock słowa „piasek”, czy Nicolasa Cage’a „klatka”… W takim przypadku jest tragedia.
      A wracając: gram aby wygrywać, ale też nie lubię negatywnej interakcji pt. „siła złego na jednego”, więc jestem jakimś gendero-mieszańcem. Musiałbym znaleźć własny przypadek na palecie 20+ płci 😀

      • Windziarz

        W takim razie nie graj ze mną w Time’s Up 🙂

  • Piotrek

    Nie wiem jak to się stało, że moja dziewczyna polubiła Tezeusza. Po prostu nie wiem. Ona jest właśnie z tych co area control bleee, sojusze bleee, czołgi/piechota bleee. A w Tezeusza gra i lubi. A nawet „Obcego” nie oglądała! Szpieg? 😀
    Czuję zresztą, że NSHex też przypasuje. Może to dlatego, że te gry nie wymagają rozwijania armii i jakiejś mapy? Chociaż znowu cały Tezeusz to przecież rozwój… Przypadek niezdiagnozowany. Też znacie kogoś takiego?

    • Siebie. I wszystkie znajome graczki. Zaskakujące, ale każda z nas ma inny gust co do lubianych tytułów gier.